#32 Recenzja - "Oskarżony pluszowy miś"

Tytuł: "Oskarżony pluszowy miś"
Tytuł oryginalny: "Winkie" 
Autor: Clifford Chase
Tłumaczenie: Anna Kołyszko

Liczba stron: 304

Kategoria: literatura współczesna
ISBN: 9788324153923
Wydawnictwo: Amber
Cena okładkowa: 34,80 zł
Data wydania: 2 kwietnia 2015


Okładka książki Oskarżony pluszowy miś


Był sobie pluszowy miś. Leżał na półce i obserwował wszystko po kolei. Widział dziewczynkę, która nazywała go Marie, słyszał śpiew ptaków, gdy w pokoju było otwarte okno, kroki synów jej pierwszej właścicielki. Chciał być dotykany i przytulany. Czasami syn Ruth — Cliff, który nazywał misia Winkie, bawił się nim całe dnie, czasami Winkie leżał samotnie na półce przez długi okres i czekał na zainteresowanie.


To jest jedna z perspektyw Winkiego.

Druga to samotność w chatce w lesie. Życie, które bezczelnie przerywa nadlatujący helikopter. Wszędzie szum i hałas. Winkie zostaje aresztowany za zabójstwa, kradzieże, rozboje i wiele, wiele innych okropnych rzeczy, których wcale nie zrobił. Zostaje postawiona mu sprawa w sądzie. Dostaje okropnego obrońcę, za to sędzia i prawnik nastawieni są bardzo źle, co do misia. Przez długi czas żyje gorzej niż dotychczas — w zimnej, śmierdzącej celi.

To jest kolejna z perspektyw pluszowego misia.

"Z każdego sensu rodzi się jeszcze głębszy sens."

Mimo dosyć ciekawego opisu książki spodziewałam się czegoś lepszego. Ciągle dzieją się te same rzeczy. Akcja rozwija się bardzo wolno, można szczerze się zanudzić.
Jedyna rzecz, która spodobała mi się w książce, to bohaterowie. Byli dosyć... specyficzni — a właśnie o to chodzi. Bardzo mnie zainteresowały. Każda miała swój własny charakter i osobowość.
Poza tym dobre były niektóre wątki, które były zwyczajnie... nienormalne. Trudno powiedzieć, czy ciekawe, czy naciągane. Mogłabym tu jakiś napisać, ale nie chcę wam niczego zdradzać :P
Kolejny plus (no dobra, może trochę więcej rzeczy mi się spodobało) to pewien wątek psychologiczny w książce oraz niezwykła przemiana głównego bohatera. Z pluszowej zabawki ożył. Zrobił to z własnej woli. Był samotny, zły, smutny i porzucony — myślę, że właśnie te rzeczy spowodowały to, że się zbuntował i po prostu wstał.
Ocena tej książki nie będzie wysoka, ale jednak trochę pozytywów się znajdzie!
Muszę wam powiedzieć, że były momenty, na których płakałam. Lały się łzy, a ja nie mogłam przestać.

Ta książka to niezwykły sens w absurdzie.


Moja ocena: 6,5/10

#31 Recenzja - "Miasto cieni"

Tytuł: "Miasto cieni"
Tytuł oryginalny: Hollow City
Autor: Ransom Riggs
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz
Liczba stron: 438 stron
Kategoria: fantastyka
ISBN: 9788380080102
Wydawnictwo: Media Rodzina
Cena okładkowa: 35 zł
Data wydania: 30 października 2014

Okładka książki Miasto cieni

Jacob Portman powoli przyswaja informacje na temat jego 'nowych znajomych', ale i tak czasem niedowierza. Opuścił swoją rodzinę, ojca i matkę, aby zostać z pewną osobliwą dziewczyną - Emmą Bloom i uratować życie jej oraz swoich przyjaciół. A są oni naprawdę wyjątkowi. Emma ma moc ognia. Abraham, jego nieżyjący już dziadek, widział głucholce - okropne potwory, i dlatego też Jacob również je widzi. Bronwyn jest niezwykle silna. Millard jest niewidzialny. Olive potrafi latać niezależnie od siebie. Horace ma prorocze sny i wizje. Enoch to chłopiec, który potrafi ożywiać zmarłych. Hugh ma masę pszczół w brzuchu, które zaatakują kogokolwiek na jego skinięcie. Claire jest najmłodsza wśród nich - ma dodatkowe usta z tyłu głowy. Fiona ma zdolność do uprawiania roślin. Każdy z nich jest niezwykły i osobliwy. Opiekowała się nimi jedna z ymbrynek, która utworzyła specjalną pętlę czasu. Niestety, została porwana przez głucholce, tak jak i pozostałe ymbrynki. Mimo że osobliwce odbiły ją, ich opiekunka pozostała w ciele ptaka i nie może się zmienić, tak jak zazwyczaj. Wyruszają w podróż.

"Śmiech nie sprawia, że złe rzeczy stają się gorsze, podobnie jak nie staną się lepsze dzięki łzom. Śmiech nie oznacza, że jest nam wszystko jedno albo, że zapomnieliśmy. Świadczy tylko o tym, że jesteśmy ludźmi."

Okazuje się, że MOŻE jest jeszcze jedna ymbrynka na wolności. I, mimo że polują na nich wszystkich głucholce i, mimo że wiedzą, że wygrana jest prawie niemożliwa, będą próbować. Alma LeFay Peregrine poświęciła dla nich wszystko, więc oni też poświęcą wszystko dla niej. 

"-Po prostu wierzę, że ważnymi sprawami w życiu nie rządzi przypadek. Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Ty też zjawiłeś się tu nie bez przyczyny, na pewno nie po to, żeby przegrać i umrzeć."

Znalezione obrazy dla zapytania media rodzinaPrzyznam, że wolę pisać recenzje pierwszych tomów książek, bo w kolejnych są te same postacie i te same charaktery. Tutaj jednak kilka nowych 'osób' pojawiło się. W czasie, kiedy osobliwe dzieci szukały ostatniej ymbrynki na wolności, poznawały różne osoby, osobliwców bądź nie. Jak się można spodziewać, pojawiła się tam również dziewczynka ze zdjęcia, której szczerze nie polubiłam. Cieszę się, że pojawiła się jednak w książce, ponieważ myślę, że opowiadanie powinno wzbudzać różne emocje. 

"Nie marnuj życia tylko dlatego, że ktoś parę razy z ciebie zadrwił."

Co do samej akcji - nie mam się chyba gdzie przyczepić. Różne przygody, krainy, które odwiedzały dzieciaki, poświęcenia i nowi przyjaciele - tego wszystkiego doświadczyły na własnej skórze. 

"Nie walcz z bólem. To najważniejsze. Ból próbuje ci coś przekazać. Powitaj go i pozwól, by przemówił."

Podobały mi się niespodziewane zwroty akcji - wszystko idzie dobrze i nagle - BUM! Albo odwrotnie - prawie mają ich zabić i nagle - BUM!

Jedyna rzecz, nieco dziwna, według mnie to zakończenie. Czytam, czyta, czytam i... koniec książki. Tak jak w poprzedniej części - nie było żadnego 'WOW' na końcu, tak jakby miała pojawić się kolejna strona. 

Moja ocena: 9/10

Dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za egzemplarz!

Podobny obraz

#30 Recenzja - "Siła trucizny'

Tytuł: "Siła trucizny"
Tytuł oryginalny: "Poison Study"
Autor: Maria V. Snyder
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Liczba stron: 379 stron
Kategoria: fantastyka
ISBN: 9788323866510
Wydawnictwo: Mira
Cena okładkowa: 34,99 zł
Data wydania: 22 lutego 2012



Okładka książki Siła trucizny


Yelena to kobieta skazana na śmierć po tym, jak zabiła syna mężczyzny, który przygarnął ją do swojego domu. Był on dosyć ważną osobistością, a prawo w Iksji nakazuje egzekucję dla mordercy. Ludzie nie wiedzą, że dręczył on dzieci. 
Znalezione obrazy dla zapytania poison gifPrawo Iksji nakazuje również, aby po śmierci testera żywności komendanta, kolejnym została następna osoba w drodze na egzekucję. I takie właśnie szczęście (bądź nieszczęście) dopisało Yelenie. Przyjaciel komendanta - Valek, szkoli ją na nową testerkę żywności. Dziewczyna nie wie, czy cieszyć się, czy nie, ponieważ jeśli nie wyczuje zatrutej potrawy, może umrzeć w cierpieniach. Jednak stara się za wszelką cenę utrzymać się przy życiu. Poznaje kucharza komendanta - Randa i zaprzyjaźnia się z nim. Często rozmawia z krawcową - Dilaną. Na dodatek dwójka żołnierzy - Ari i Janco, bardzo pomagają dziewczynie. A może nawet w kimś z zamku Yelena znajdzie swoją miłość... Oczywiście nie zabrakło jej też wielu wrogów, na przykład pomocnica Valka, założyciel domu dziecka, który ją torturował, pewien żołnierz szydzący z niej i wielu, wielu innych ludzi, którzy bardzo chętnie chcieliby się jej pozbyć.
I jeszcze jedno! W Iksji zostali zabici wszyscy magowie, a ci, którym udało się przeżyć, uciekli do Sycji...
Znalezione obrazy dla zapytania poison gifMoże zaczniemy od bohaterów. Yelenę polubiłam, nawet bardzo, za jej z początku niewinny, a potem zacięty charakter. Widziałam jej przemianę i to jak bardzo dziwiła się, kiedy ona sama ją zauważyła. Była sprytna - potrafiła poradzić sobie sama w wielu miejscach i nie załamać się. Ciągle walczyła i nie chciała się poddać. Z początku była nazywana szczurem, lecz potrafiła się temu oprzeć i wykrzyczała wszystkim swoim wrogom, że nigdy nie była, nie jest i nie będzie szczurem. 
Podobny obrazKolejnym bohaterem, którego polubiłam, był oczywiście Valek. Nie wiem dlaczego, ale skojarzył mi się z Voldemortem... Myślę, że polubiłam w nim także charakter. Jego nienawiść do magów i dawnego króla wydawało się, że przerasta wszystkie inne uczucia. 
Pokochałam Ariego i Janca <3 Mieli szlachetne i pełne odwagi serca. Myślę, że mogliby umrzeć za ludzi, których kochają. 
Rand na początku był fajny, ale potem...
Mogę szczerze powiedzieć, że nienawidzę Margg - pomocnicy Valka. Dosłownie zatruwała życie Yelenie. Była okropna - wyobrażałam ją sobie jako starą pannę z nożem. 
Cała historia była... dobra. To znaczy, niektóre rzeczy przewidziałam, ale niektórych w ogóle się nie spodziewałam. Książkę czytało się szybko, dobrze i było w niej dużo spiskowania. Tajemnice to chyba główny temat tej książki. 
Jednym słowem: polecam i jeśli druga część wpadnie mi w ręce - na pewno przeczytam :)


Podobny obraz

Cytaty:


"Każdy podejmuje życiowe decyzje- rzekł znużonym głosem- Jedne z lepszym skutkiem, inne z gorszym. Jeśli chcesz się wycofać, nie ma sprawy, tylko nie tkwij w pół drogi!. Nie zatrzymuj się w otchłani niezdecydowania..."

"..wślizgnęłaś się pod skórę, przeniknęłaś do mojej krwi i na stałe zagościłaś w moim sercu"


"- Idziemy, mamy się spotkać nad jeziorem z kapitanem. A, i nie rób tyle hałasu. Drzesz się jak spanikowany łoś pędzący po puszczy - oznajmił bystrzejszy z tej dwójki.

- Akurat. I tak nie zagłuszę tych twoich specjalnych „kroków leśnego zwierza" - prychnął Ochrypły Głos. - Jakby dwa napalone jelenie urządziły sobie gody"


Moja ocena: 8,5/10

ZAPOWIEDŹ "Dwór mgieł i furii"!

Mam wam do przekazania znakomitą wiadomość! Pewnie już wiecie, że 1 lutego wychodzi w Polsce druga część "Dworu cierni i róż" Sarah J. Mass, czyli "Dwór mgieł i furii"! Książka już jest dostępna w empiku! Sama jestem już po lekturze pierwszej części i mogę szczerze powiedzieć, że na pewno sięgnę po kontynuację :D


Może najpierw coś o autorce?


Sarah J. Maas (ur. 1986) – amerykańska pisarka fantasy. Jest autorką sprzedanej do 23 krajów serii Szklany tron: Szklany tron (Uroboros 2013), Korona w mroku (Uroboros 2014), Dziedzictwo ognia (Uroboros 2015), Królowa cieni (Uroboros 2016), prequelowego wobec niej cyklu Zabójczyni: Zabójczyni i władca piratów (Uroboros 2013), Zabójczyni i Czerwona Pustynia (Uroboros 2014), Zabójczyni i podziemny świat (Uroboros 2014), Zabójczyni i imperium Adarlanu (Uroboros 2015) oraz Zabójczyni. Szklany tron. Opowieści (Uroboros 2016) i Szklany tron. Książka do kolorowania (Uroboros 2016). Dwór mgieł i furii to drugi tom inspirowanej baśnią o Pięknej i Bestii trylogii Dwór cierni i róż (tom pierwszy pod tym samym tytułem ukazał się w Uroborosie w 2016). Każda z serii Maas trafiła na listy bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today”. Wkrótce nakładem Uroborosa ukaże się piąty tom Szklanego tronu: Imperium burz.
A to opis drugiej części serii:

Między światłem a ciemnością rozgrywa się walka, w której stawką są losy całego świata. A w magicznym świecie fae przyjaciele potrafią być bardziej niebezpieczni niż wrogowie…

Po tym jak Feyra ocaliła Prythian, mogłoby się wydawać, że baśń dobiega końca. Dziewczyna, bezpieczna i otoczona luksusem, przygotowuje się do poślubienia ukochanego Tamlina. Przed nią długie i szczęśliwe życie…  Tylko że Feyra nigdy nie chciała być księżniczką z bajki. W snach wciąż powracają do niej wymyślne tortury Amaranthy i zbrodnia, którą popełniła, by się od nich uwolnić.
W jej nowym nieśmiertelnym ciele drzemią moce, których dziewczyna nie umie opanować. W dodatku o spłatę swojego długu upomina się największy wróg Tamlina – Rhysand, książę Dworu Nocy. Władca ciemności chce ją wykorzystać do swoich celów. Chyba że to nie Rhysand jest tym, kogo Feyra powinna się obawiać... Na Dworze Wiosny również bowiem nie jest bezpiecznie, a sam Tamlin ma przed ukochaną coraz więcej tajemnic. Czy rzeczywiście tylko po to, by ją chronić?
Nadciąga widmo wojny tak groźnej jak żadna dotąd, a Feyra musi zdecydować, komu może ufać.
Nowa, jeszcze mroczniejsza i bardziej zmysłowa odsłona bestsellerowej serii „Dwór cierni i róż”! Nie zaśniesz, nim nie odkryjesz wszystkich sekretów!

Idealna lektura dla fanów George’a R.R. Martina, baśni „Piękna i Bestia” oraz legend o czarodziejskich istotach.

Dla osób, które czekają na przeczytanie tej książki, mam pewien 'dodatek specjalny'. Otóż grupa wydawnicza Foksal dała mi do opublikowania 3 fragmenty "Dworu mgieł i furii":

Fragment 1:
Siła nieśmiertelnych – bardziej przekleństwo niż dar. Przez trzy dni po powrocie tutaj zgniatałam i wyginałam każdy element zastawy i każdy sztuciec, jakiego się dotknęłam. Notorycznie się potykałam, nieprzyzwyczajona do dłuższych i zwinniejszych nóg; do tego stopnia, że Alis nakazała usunąć z moich komnat wszystkie cenne przedmioty, których nie można było łatwo zastąpić (najbardziej gderała, kiedy przewróciłam stolik z osiemsetletnim wazonem). Strzaskałam też nie jedne, nie dwoje, ale pięcioro szklanych drzwi, niechcący zbyt zamaszyście je zamykając.
Westchnęłam przez nos i rozprostowałam palce.
Prawą dłoń miałam zwykłą, gładką. Perfekcja fae.
Obróciłam lewą dłoń. Zawijasy ciemnego atramentu pokrywające palce, nadgarstek i całe przedramię aż do łokcia zdawały się wchłaniać mrok z całego pomieszczenia. Oko umieszczone na środku dłoni sprawiało wrażenie, jakby mnie cały czas obserwowało. Spokojne i przebiegłe, jak u kota. Jego pionowa źrenica była zauważalnie szersza niż w ciągu dnia. Tak jakby dostosowywała się do oświetlenia, jak w normalnym oku.
Skrzywiłam się gniewnie w jego stronę.
W stronę kogokolwiek, kto mnie obserwował przez ten tatuaż.
Przez trzy miesiące mojej bytności tutaj Rhys w żaden sposób się ze mną nie skontaktował. Nie odezwał się nawet słowem. Nie śmiałam zapytać Tamlina, Luciena czy kogokolwiek innego; obawiałam się, że mogłabym w ten sposób przywołać księcia Dworu Nocy, w jakiś sposób przypomnieć mu o tym nieprzemyślanym targu, którego dobiłam z nim pod Górą. Tydzień z nim z każdego miesiąca w zamian za ocalenie mnie od śmierci.
Ale nawet jeśli Rhys w jakiś cudowny sposób o tym zapomniał, ja nie potrafiłam. Ani Tamlin, ani Lucien, ani ktokolwiek inny. Nie w sytuacji, gdy moją rękę pokrywał ten tatuaż.
Nawet jeśli Rhys na sam koniec… nawet jeśli nie był tak właściwie wrogiem.
Wrogiem Tamlina – owszem. Każdego innego dworu – zgadza się. Tak niewielu zdołało przekroczyć granice Dworu Nocy i powrócić. Na dobrą sprawę nikt nie wiedział, co się znajduje na północnych krańcach Prythianu.
Góry, ciemność, gwiazdy i śmierć.
Ale podczas ostatniej rozmowy z Rhysandem kilka godzin po śmierci Amaranthy nie czułam, żeby był moim wrogiem. Nikomu nie powiedziałam o tym spotkaniu, o tym, co Rhys mi powiedział, ani o tym, co ja mu wyznałam.
„Ciesz się swoim ludzkim sercem, Feyro. Żałuj tych, którzy nie czują już nic”.
Zwinęłam palce w pięść, zasłaniając oko, zasłaniając tatuaż. Dźwignęłam się na nogi, spłukałam ustęp i poczłapałam w stronę umywalki, aby wypłukać usta i umyć twarz.
Chciałam móc nic nie czuć.
Pragnęłam, żeby moje ludzkie serce zostało przemienione razem z resztą mojego ciała, żeby zastygło w nieśmiertelnym marmurze. Chciałam pozbyć się tego poszarpanego strzępka czerni, który sączył we mnie swój jad.
Tamlin nie obudził się, gdy ostrożnie wróciłam do ciemnej sypialni. Spojrzałam na jego nagie ciało rozpostarte na pościeli. Przez chwilę jedynie podziwiałam imponujące mięśnie na jego plecach, tak cudownie podkreślone światłem księżyca; jego złociste włosy, rozwichrzone snem i moimi palcami, które w nie wplatałam, gdy wcześniej się kochaliśmy.
To dla niego to zrobiłam, to dla niego ochoczo obróciłam siebie i swoją nieśmiertelną duszę w ruinę.
A teraz miałam wieczność, aby z tym żyć.

Fragment 2:
Przystanęłam na chwilę między ostatnimi dwiema kolumnami i przyjrzałam się księciu rozpartemu przy stole śniadaniowym oraz podziwianemu przezeń widokowi.
– Nie jestem psem, żeby mnie tak przywoływać – oznajmiłam w miejsce powitania.
Powoli Rhys obejrzał się przez ramię. Fioletowe oczy lśniły żywo w blasku poranka. Gdy jego wzrok omiótł mnie od głowy po stopy i z powrotem, zacisnęłam dłonie w pięści. Zmarszczył brwi z dezaprobatą, jakby coś w moim wyglądzie mu nie pasowało.
– Nie chciałem, żebyś się zgubiła – powiedział bezbarwnie.
Głowa pękała mi od bólu. Spojrzałam na srebrny dzbanek stojący na środku stołu, na zachęcająco unoszącą się z jego dzióbka parę. Filiżanka herbaty…
– Sądziłam, że tu zawsze będzie ciemno – zauważyłam w zasadzie tylko po to, żeby nie zdradzić obezwładniającego pragnienia życiodajnej herbaty z samego ranka.
– Jesteśmy jednym z dworów słonecznych – odparł, wskazując moje krzesło pełnym gracji skinieniem dłoni. – Nasze noce są dalece piękniejsze, a nasze zachody słońca i świty nie mają sobie równych, niemniej przestrzegamy praw natury.
Wślizgnęłam się na tapicerowane krzesło po drugiej stronie stołu. Zauważyłam, że Rhys rozpiął swoją tunikę pod szyją, odsłaniając fragment opalonej piersi.
– Czy inne dwory ich nie przestrzegają?
– Natura dworów pór roku jest powiązana z ich książętami. To ich magia i wola utrzymuje w ich władztwach wieczną wiosnę, zimę, jesień, lato. Zawsze tak było; taka swoista dziwaczna stagnacja. Ale charakter dworów słonecznych – dnia, świtu i nocy – jest bardziej… symboliczny. Może i jesteśmy potężni, ale nawet my nie potrafimy zmienić drogi ani blasku słońca. Herbaty?
Słoneczny blask zatańczył na krzywiźnie srebrnego dzbanka. Ograniczyłam energiczne przytaknięcie do oszczędnego skinienia brodą.
– Przekonasz się jednak – podjął Rhysand, nalewając mi herbatę – że nasze noce są zdecydowanie bardziej olśniewające; tak piękne, że niektórzy z mieszkańców mojej dziedziny wstają o zachodzie słońca i kładą się spać o świcie. Tylko po to, żeby móc żyć w blasku gwiazd.
Dolałam do filiżanki odrobinę mleka i przyglądałam się, jak jasność i ciemność płynów miesza się ze sobą.
– Dlaczego jest tu tak ciepło, podczas gdy na zewnątrz trwa w najlepsze zima?
– Magia.
– Tyle jest oczywiste. – Odłożyłam łyżeczkę i upiłam niewielki łyk, niemal wzdychając z rozkoszą, gdy gorący aromatyczny napój wypełnił mi usta. – Ale dlaczego?
Rhys podążył wzrokiem za kłębami śniegu porywanego ze szczytów przez porywisty wiatr.
– Wy ogrzewacie swoje domy zimą. Dlaczego ja nie miałbym ogrzewać swojego? Przyznaję, że nie wiem, dlaczego moi przodkowie wybudowali pałac pasujący raczej do dworu lata w samym środku górskiego pasma, w którym w najlepszych miesiącach jest najwyżej umiarkowanie ciepło, ale kimże ja jestem, aby kwestionować ich motywy?
Upiłam kilka kolejnych łyków. Ból głowy powoli mijał. Pozwoliłam sobie na nałożenie na talerz kilku owoców z pobliskiej szklanej misy.
Śledził każdy mój ruch.
– Schudłaś – zauważył cicho.
– Masz w zwyczaju przekopywać się przez moje myśli, kiedy tylko najdzie cię na to ochota – stwierdziłam, nabijając kawałek melona na widelczyk. – Dziwi mnie twoje zaskoczenie.
Jego spojrzenie nie złagodniało, choć na zmysłowych ustach zatańczył ponownie znajomy uśmieszek. Bez wątpienia była to jego ulubiona maska.
– Robię to tylko czasem. I nie mam wpływu na to, co ty wysyłasz łączącą nas więzią.
Rozważyłam powstrzymanie się od zapytania, tak jak wczorajszego wieczoru, ale…
– Jak to działa, ta więź, która pozwala ci zaglądać mi do głowy?
Upił łyk ze swojej filiżanki.
– Możesz spojrzeć na więź wynikłą z naszej umowy jako łączący nas most. Na obu jego końcach znajdują się drzwi prowadzące do naszych umysłów. Stanowią tarczę. Dzięki mym wrodzonym zdolnościom potrafię prześlizgnąć się przez tarcze umysłu dowolnej osoby, nawet bez takiego mostu. No, chyba że trafię na kogoś bardzo, ale to bardzo silnego lub wyćwiczonego w utrzymywaniu szczelności bariery. Gdy byłaś człowiekiem, z mojego punktu widzenia bramy do twego umysłu były zawsze szeroko otwarte. Teraz, gdy jesteś fae… – Wzruszył lekko ramionami. – Czasem nieświadomie wzmacniasz swoją tarczę, a czasem, kiedy gotujesz się od silnych emocji, bariera znika. Niekiedy, gdy drzwi do twojego umysłu są otwarte, mogłabyś równie dobrze stać w ich progu i wykrzykiwać swoje myśli w moją stronę. Czasem je słyszę, czasem nie.
Skrzywiłam się i ścisnęłam mocniej widelczyk.
– A jak często buszujesz po moich myślach, kiedy nie ma tej tarczy?
Z jego twarzy zniknęły wszelkie ślady wesołości.
– Kiedy nie potrafię ocenić, czy twoje koszmary są odbiciem prawdziwego zagrożenia, czy tylko wyobrażonego. Kiedy stajesz na ślubnym kobiercu i po cichu błagasz o pomoc kogokolwiek, kto akurat słucha. Tylko kiedy opuszczasz swoją barierę i nieświadomie rzucasz to wszystko na drugą stronę mostu. I odpowiadając na twoje pytanie, zanim je w ogóle zadasz: tak. Nawet gdy tarcza jest na swoim miejscu, mógłbym się przez nią przebić, gdybym tylko chciał. Mogłabyś jednak się wyćwiczyć, nauczyć utrzymywać barierę nawet w obliczu kogoś takiego jak ja. Nawet zważywszy łączącą nasze umysły więź i moje wrodzone zdolności.
Zignorowałam tę propozycję. Wyrażenie zgody na robienie czegokolwiek razem z nim sprawiało wrażenie czegoś zbyt trwałego. Zbytnio by to przypominało akceptację targu, którego musiałam z nim dobić.
– Czego ode mnie chcesz? Powiedziałeś, że powiesz mi, kiedy tu dotrzemy. No to mów.
Rhys odchylił się w krześle i skrzyżował swoje ramiona, których potężnych mięśni nie potrafił ukryć nawet luźny, elegancki strój.
– W tym tygodniu? Chcę, żebyś nauczyła się czytać.

Fragment 3:
Do powrotu Rhysa mój umysł przemienił się w grząskie bagnisko.
Całą godzinę poświęciłam na wykonywanie jego poleceń, chociaż cała podskakiwałam na każdy dźwięk dobiegający z pobliskich schodów: ciche kroki służących, strzepywanie zmienianej pościeli, ktoś nucący piękną zawiłą melodię. Do tego nieustannie towarzyszył mi świergot ptaków mieszkających w nienaturalnym cieple góry i gnieżdżących się w drzewkach cytrusowych rosnących w licznych donicach. Ani śladu czekającej mnie udręki. Nawet żaden strażnik mnie nie nadzorował. Mogłam mieć całe to miejsce tylko dla siebie.
Co było bardzo pozytywne, ponieważ próby opuszczania i podnoszenia mentalnej bariery często kończyły się wykrzywioną, udręczoną lub ściągniętą twarzą.
– Nieźle – stwierdził Rhys, zaglądając mi przez ramię.
Pojawił się ledwie kilka chwil wcześniej w bezpiecznej odległości. Gdybym go nie znała, mogłabym pomyśleć, że nie chciał mnie przestraszyć zmaterializowaniem się tuż obok mnie. Tak jakby wiedział o tej sytuacji, kiedy Tamlin podkradł się do mnie od tyłu, wzbudzając atak paniki tak silny, że obróciłam się i uderzyłam go w brzuch z siłą wystarczającą do posłania go na podłogę. Starałam się to wymazać z pamięci: zaskoczenie na twarzy Tama; łatwość, z jaką przyszło mi powalenie go; w końcu upokorzenie spowodowane okazaniem głupiego strachu…
Rhys przyjrzał się zapisanym przeze mnie kartkom. Przeglądał je jedna po drugiej i oceniał moje postępy.
Wtem poczułam pazury sięgające w głąb moich myśli, ale tylko zarysowały czarny lśniący adamant.
Gdy naparły mocniej, szukając słabego punktu bariery, skoncentrowałam na niej całą swoją wolę.
– Proszę, proszę – zamruczał Rhysand i zaprzestał prób dostania się do mojej głowy. – Jeśli dobrze pójdzie, dzisiaj w końcu się wyśpię, o ile tylko utrzymasz tę ścianę w całości podczas snu.
Opuściłam tarczę, cisnęłam ze złością jedno słowo przez łączący nasze umysły most, po czym ponownie postawiłam barierę. Od wysiłku mój umysł zadygotał jak galareta. Potrzebowałam drzemki. I to pilnie.
– Może i jestem sukinsynem, ale spójrz tylko na siebie. Może nasze lekcje będą mimo wszystko przyjemne.

* * *

Szłam bezpieczne dziesięć kroków za Rhysandem, wbijając wściekłe spojrzenie w jego umięśnione plecy. Prowadził mnie przez korytarze głównego budynku kompleksu. Jedynymi świadkami naszej milczącej wędrówki były bezkresne góry i doskonale błękitne niebo.
Byłam zbyt wyczerpana, aby dopytywać, dokąd mnie prowadzi. On z kolei najwyraźniej nie czuł się w obowiązku mi tego powiedzieć. Szliśmy w górę, cały czas w górę, aż w końcu dotarliśmy do okrągłego pomieszczenia na szczycie jakiejś wieży.
Na samym środku znajdował się okrągły stół z czarnego kamienia. Na najszerszym fragmencie granitowej ściany wisiała olbrzymia mapa świata. Cała była usiana różnymi oznaczeniami, wbitymi weń flagami i pinezkami, pozornie bez żadnego ładu i składu. Po chwili mój wzrok zdryfował na liczne okna rozmieszczone wszędzie dokoła. Było ich tak wiele, że pomieszczenie sprawiało wrażenie niemal otwartego, a powietrze było czyste i rześkie. Idealny dom, pomyślałam, dla księcia pobłogosławionego skrzydłami.
Rhys podszedł do stołu, na którym leżała rozpostarta inna mapa, cała zastawiona różnymi figurkami. Mapa Prythianu… i Hybernii. Oznaczono wszystkie dwory naszej krainy, wraz ze wszystkimi osadami, miastami, rzekami i przełęczami górskimi. Wszystkie dwory… poza Dworem Nocy.
Rozległy kraj zajmujący cały północny kraniec wyspy był całkowicie pusty. Nie zaznaczono w nim nawet jednego pasma górskiego. Wydało mi się to dziwne. Zapewne stanowiło część jakiegoś głębszego zamysłu, którego nie mogłam pojąć.
Spostrzegłam, że Rhysand mi się przygląda. Jego uniesione brwi wystarczyły, abym zamknęła usta i powstrzymała się od zadania pytania.
– Nie chcesz o nic zapytać? – zagadnął.
– Nie.
Wykrzywił usta w kocim uśmieszku, po czym wskazał brodą mapę wiszącą na ścianie.
– Co widzisz? – zapytał.
– Czy to jest jeden z twoich sposobów na przekonanie mnie, bym się bardziej przykładała do nauki czytania?
Nie mogłam rozszyfrować żadnego z napisów. Rozpoznawałam tylko ogólne kontury. Na przykład mur rozcinający nasz świat grubą linią.
– Powiedz mi, co widzisz.
– Świat podzielony na dwoje.
– Czy twoim zdaniem powinno tak pozostać?
Obróciłam gwałtownie głowę w jego stronę.
– Moja rodzina… – zaczęłam i natychmiast urwałam.
Nie powinnam była przyznawać się do posiadania rodziny, do żywienia względem niej uczuć…
– Twoja ludzka rodzina – stwierdził Rhys – bardzo by odczuła zniknięcie muru, prawda? Tak blisko granicy… Gdyby mieli szczęście, zdołaliby uciec za morze, zanim coś by im się stało.
– To możliwe?
Rhysand zniósł moje spojrzenie.
– Może.
– Dlaczego?
– Ponieważ nadciąga wojna, Feyro.
Mnie te fragmenty oczarowały i nie mogę się doczekać przeczytania drugiej części *-* A wy co myślicie?
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka